Gisèle Pelicot staje w sądzie twarzą w twarz z jednym ze swoich gwałcicieli: co zmieniło się we Francji?

- Autor, Andrew Harding
- Stanowisko, Korespondent w Paryżu
- Relacja z, Mazan
- Czas czytania: 5 min
Francuska ofiara zbiorowego gwałtu, Gisèle Pelicot, powraca w poniedziałek do sądu, aby stanąć twarzą w twarz z jednym ze swoich napastników.
To jedyny mężczyzna, który odwołuje się od zeszłorocznego wyroku, w którym łącznie 51 oskarżonych zostało skazanych za zgwałcenie jej gdy leżała odurzona przez męża w ich rodzinnym domu.
W tamtym czasie odważna publiczna postawa Gisèle Pelicot była postrzegana jako potencjalnie katalityczny moment w walce z przemocą seksualną. Jednak we Francji ten optymizm wydaje się więdnąć.
"Rozwalę ci łeb, jeśli zaraz nie odejdziesz," warknął mężczyzna stojący przed średniowiecznym kościołem w Mazan, malowniczym miasteczku, w którym niegdyś mieszkali Gisele i Dominique Pelicot.
Właśnie podsłuchał, jak pytam starszą kobietę o wpływ sprawy Pelicot na Francję i, grożąc zniszczeniem naszej kamery, wyjaśniał, że miasto jest zmęczone powiązaniami z jednym z najbardziej znanych procesów o gwałt na świecie.

Kilka dni wcześniej burmistrz Mazan wydał łagodniejszą wersję tego samego argumentu w publicznym oświadczeniu, w którym opisał wieloletnie przejścia Gisèle Pelicot jako "prywatną sprawę... która nie ma z nami nic wspólnego".
Można zrozumieć pragnienie burmistrza Louisa Bonneta by chronić reputację miasta i jego przemysłu turystycznego. Warto jednak zauważyć, że rok wcześniej trafił on na pierwsze strony gazet w całej Francji po tym, jak dwukrotnie powiedział mi w wywiadzie, że chciał "umniejszyć" powagę przeżyć Gisèle Pelicot, ponieważ "nikt nie zginął" i nie było w to zamieszane żadne dziecko.
Warto również zauważyć, że prawie wszystkie kobiety, z którymi rozmawialiśmy w Mazan w zeszłym tygodniu, nie podzielały pragnienia burmistrza, aby postrzegać sprawę Pelicot jako coś, co należy "pozostawić za sobą".
Paląc papierosa w zacienionym wejściu niedaleko kościoła, 33-letnia urzędniczka, która podała swoje imię jako Aurélie, wypowiadała się z nieukrywaną goryczą.
"Nikt już o tym nie mówi, nawet tutaj w Mazan. To tak, jakby nigdy się nie wydarzyło. Znam kogoś, kto teraz doświadcza przemocy domowej. Ale kobiety to ukrywają. Boją się mężczyzn, którzy robią takie rzeczy", powiedziała, dodając, że jest "pewna", że więcej gwałcicieli Gisèle Pelicot pozostaje w okolicy niewykrytych i na wolności.
Spacerująca nieopodal obok kilku opalających się kotów 68-letnia Aurore Baralier była równie chętna do rozmowy, ale miała inne spojrzenie na sprawę Pelicot.
"Świat ewoluuje. Francja ewoluuje". Z pomocą Pelicot? "Tak. To był impuls, aby kobiety mogły swobodnie mówić," powiedziała mi stanowczo.
We Francji nie ma wątpliwości, że rozgłos wygenerowany przez transmitowaną na całym świecie determinację Gisèle Pelicot, by "wstyd zmienił strony" - z ofiary na gwałciciela - nadał dodatkowy impet kampanii przeciwko przemocy seksualnej, która została już pobudzona przez ruch MeToo.
"Powiedziałabym, że zmiana zachowania to coś, co zabiera pokolenia. [Ale] sprawa Pelicot wywołała ogromną, historyczną mobilizację... przeciwko przemocy seksualnej i bezkarności," powiedziała Alyssa Ahrabare, która koordynuje sieć 50 organizacji feministycznych we Francji. "Skupiamy się na szkoleniu profesjonalistów, wspieraniu ofiar i prowadzeniu dochodzeń".
"Tak, Francja się zmieniła. Liczba skarg na gwałty potroiła się, co pokazuje, że ofiary - kobiety i dziewczęta - mówią i chcą sprawiedliwości", zgodziła się Céline Piques, rzeczniczka organizacji pozarządowej "Odważ się być feministką".
A jednak energia i optymizm, które ogarnęły Gisèle Pelicot w grudniu ubiegłego roku, gdy wyszła z gmachu sądu w Awinionie do tłumu sympatyków, nie doprowadziły do wielu istotnych zmian w sposobie, w jaki państwo francuskie zajmuje się kwestią przemocy seksualnej.

Rzeczywiście, wśród działaczy i ekspertów panuje niemal zgoda co do tego, że sytuacja się pogarsza.
"Niestety, rząd nie reaguje," powiedziała Céline Piques, wskazując na statystyki pokazujące, że liczba wyroków skazujących spada pomimo gwałtownego wzrostu liczby zgłaszanych przypadków gwałtów.
"Obraz jest ponury. Mamy do czynienia z negatywną reakcją. Idee kultury gwałtu powracają bardzo mocno. Widzimy to w rosnącej popularności ruchu maskulinistycznego, zwłaszcza wśród młodych chłopców i nastolatków," dodała Alyssa Ahrabare, powołując się również na wzrost popularności pornografii deepfake.
Pośród kryzysu finansowego i politycznego we Francji, gdzie dług publiczny gwałtownie rośnie, a kraj miał pięciu premierów w ciągu ostatnich dwóch lat, rząd zdecydowanie broni swoich osiągnięć twierdząc, że dokonał "zdecydowanych" zmian, w tym potrojenia wydatków w tej dziedzinie w ciągu ostatnich pięciu lat - "bezprecedensowego" wzrostu.
Jednak w skandalicznym raporcie Senatu opublikowanego latem stwierdzono, że rządowi "brakuje strategicznego kompasu", jeśli chodzi o walkę z gwałtami i innymi formami przemocy seksualnej. Rada Europy również była ostatnio bardzo krytyczna wobec wysiłków Francji na rzecz ochrony kobiet.
Dobrze poinformowane źródło powiedziało nam, że nawet dane dotyczące liczby gwałtów zgłaszanych we Francji są niewiarygodne ze względu na zbyt złożoną biurokrację.
Od czasu do czasu w wiadomościach pojawia się kolejny mały zastrzyk optymizmu.
W Dijon, 60-latek oskarżony o odurzanie swojej żony, aby inni mogli ją zgwałcić, został aresztowany w sierpniu po tym, jak jeden z mężczyzn, zaproszony do udziału, zadzwonił później na policję, wątpiąc w "jej zgodę".
Prawniczka domniemanej ofiary, Marie-Christine Klepping, powiedziała nam, że jest "pewna", że wiedza o sprawie Pelicot i strach przed byciem uwikłanym w coś podobnego skłoniły go do wykonania tego telefonu.
W maju francuski gwiazdor filmowy Gérard Depardieu został uznany winnym napaści seksualnej na dwie kobiety, co wielu prawników i aktywistów uznało za znaczące uderzenie w powszechnie postrzeganą kulturę bezkarności umożliwiającą wpływowym mężczyznom wykorzystywanie kobiet.
"To może coś oznaczać," powiedziała BBC Elodie Tuaillon-Hibon, "ponieważ był on bardzo chroniony, [nawet] przez prezydenta Macrona", który w pewnym momencie zdawał się bronić aktora. Tuaillon-Hibon jest paryską prawniczką, która wcześniej była zaangażowana w ściganie Depardieu.

"Nie sądzę, by proces (Pelicot) zmienił cokolwiek na poziomie policji i sądownictwa," powiedziała Emmanuelle Rivier, prawniczka specjalizująca się również w sprawach o gwałt. Powołała się ona na chroniczne braki kadrowe, a także brak wyszkolenia i specjalizacji policji.
A teraz sama Gisèle Pelicot wraca do sądu w południowym mieście Nîmes, aby stawić czoła jednemu z mężczyzn skazanych za gwałt na niej.
"Czuje, że musi tam być i ma obowiązek być tam aż do całkowitego zakończenia procedury," wyjaśnił mi jej prawnik, Stéphane Babonneau.
Prawdziwy wpływ jej decyzji o zrzeczeniu się prawa do anonimowości może nie być jasny przez wiele lat, ale prawniczka Elodie Tuaillon-Hibon nie jest skłonna do optymizmu.
"To zmieniło niektóre rzeczy. Ale tak naprawdę bardzo niewiele," podsumowała, porównując przemoc seksualną we Francji do "wojny toczonej każdego dnia przeciwko kobietom i dzieciom".
"Wciąż mamy wiele zmian do wprowadzenia".
Zapytałem ją, czy jest zaskoczona, że sprawa Pelicot nie wywarła większego wpływu.
"Nie. Wcale mnie to nie dziwi, ponieważ to Francja. Kultura gwałtu jest czymś głęboko zakorzenionym w naszym społeczeństwie. I dopóki nie zostanie to poważnie potraktowane jako kwestia polityki publicznej, to się nie zmieni".
Dodatkowy reportaż: Marianne Baisnee
Ten tekst został napisany i sprawdzony przez naszych dziennikarzy, używając przy tłumaczeniu narzędzi AI, jako część projektu pilotażowego.
Edycja: Magdalena Mis








