Porządek świata według Trumpa staje się faktem, a Europa musi się do niego szybko dostosować

Flaga Unii Europejskiej i flaga narodowa USA obok zdjęcia Trumpa
    • Autor, Katya Adler
    • Stanowisko, Redaktorka ds. Europy
  • Czas czytania: 9 min

Centrum Monachium znane jest przede wszystkim z eleganckich butików i luksusowych, sportowych samochodów, ale obecnie jego ulice zdobią plakaty reklamujące drony nowej generacji.

„Bezpieczeństwo Europy w budowie," głosi hasło widniejące na efektownych, czarno-białych fotografiach rozwieszonych na rusztowaniach otaczających kościół przy jednym z najbardziej znanych deptaków miasta.

Jeszcze kilka lat temu tak otwarta publiczna demonstracja militarnej siły byłaby tu nie do pomyślenia, ale świat poza Niemcami szybko się zmienia – i pociąga ten kraj za sobą.

Południowa Bawaria stała się niemieckim centrum technologii obronnych, koncentrującym się na sztucznej inteligencji, dronach i przemyśle lotniczo-kosmicznym.

„Bezpieczeństwo Europy w budowie” – głosi slogan na zestawie eleganckich czarno-białych fotografii, które zdobią kościół otoczony rusztowaniami, a na pierwszym planie widać przechodzących ludzi.
Podpis zdjęcia, Reklamy takie jak te, które mówią „Bezpieczeństwo Europy w budowie", byłyby nie do pomyślenia w Niemczech jeszcze niedawno

Mieszkańcy, podobnie jak większość Europejczyków, mówią, że czują się coraz bardziej zagrożeni – ściśnięci między ekspansjonistyczną Rosją i agresywnymi gospodarczo Chinami na wschodzie a coraz bardziej nieprzewidywalnymi, dawnymi najbliższymi sojusznikami – Stanami Zjednoczonymi – na zachodzie.

Według niedawnego badania Eurobarometru ponad dwie trzecie Europejczyków (68%) uważa, że ich kraj jest zagrożony.

Jesienią niemiecki Federalny Urząd Ochrony Ludności i Pomocy w Katastrofach po raz pierwszy od czasów zimnej wojny ostrzegł, że wojna nie jest już „mało prawdopodobna". Podkreślając, że Niemcy są bezpiecznym krajem, zalecił jednocześnie, aby obywatele przechowywali w domu zapasy żywności wystarczające na trzy do dziesięciu dni – na wszelki wypadek.

Niemcy są obecnie największym pojedynczym darczyńcą pomocy wojskowej i innej dla Ukrainy, odkąd Stany Zjednoczone wstrzymały nową bezpośrednią pomoc. Sondaże pokazują, że wyborcy chcą również czuć się lepiej chronieni w kraju.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski (L) i kanclerz Niemiec Friedrich Merz ściskają sobie dłonie przed dwustronnymi rozmowami podczas 62. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa

Źródło zdjęcia, AFP via Getty Images

Podpis zdjęcia, Niemcy są obecnie największym pojedynczym dawcom pomocy dla Ukrainy

Pytanie, przed którym stoi ten kraj — podobnie jak inne państwa Europy — brzmi, czy tradycyjne sojusze ze Stanami Zjednoczonymi, w ramach NATO i UE, są wystarczające, czy też należy je uzupełnić, dywersyfikując współpracę poprzez doraźne koalicje z innymi państwami o podobnych poglądach, takimi jak Australia, Korea Południowa i Japonia.

Kruche relacje

Do 2029 roku niemiecki budżet obronny będzie wyższy niż łączne wydatki Wielkiej Brytanii i Francji — zwrócił mi uwagę sekretarz generalny NATO Mark Rutte.

Opisał 150 mld euro, które Niemcy — jak twierdzą — przeznaczą na obronność, jako „oszałamiającą kwotę". Jak dodał, Stany Zjednoczone to zauważają i doceniają.

Donald Trump nie jest pierwszym prezydentem USA, który domaga się, by Europa zrobiła więcej na rzecz własnego bezpieczeństwa, choć jego ton jest wyraźnie bardziej groźny niż u jego poprzedników.

Krucha kondycja relacji transatlantyckich była głównym tematem Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa (MSC) w ten weekend. To największe na świecie doroczne spotkanie poświęcone obronności, gromadzące przywódców, ekspertów ds. bezpieczeństwa oraz przedstawicieli przemysłu zbrojeniowego.

Katya Adler po lewej i Mark Rutte po prawej, z tablicą MSC z logo za nimi.
Podpis zdjęcia, Mark Rutte (na zdjęciu rozmawiający z Katyą Adler) opisał wydatki Niemiec na obronność w wysokości 150 mld euro jako "zdumiewającą kwotę"

Choć łatwo zbyć takie, pełne przemówień zgromadzenia jako napuszone „gadanie dla samego gadania", w niespokojnych czasach, w jakich żyjemy, te rozmowy mogą one mieć znaczenie — zwłaszcza te nieformalne, prywatne spotkania między globalnymi decydentami, z dala od blasku kamer.

Najbardziej wyczekiwanym — a dla niektórych także najbardziej niepokojącym — wystąpieniem tegorocznej konferencji było przemówienie sekretarza stanu USA Marco Rubio, reprezentującego administrację Trumpa.

Europejscy przywódcy i czołowi dyplomaci naprawdę siedzieli jak na szpilkach. Dlaczego jednak tak wielką wagę przywiązano do zaledwie 30‑minutowego wystąpienia?

Ponieważ relacje Europa–USA nigdy nie były tak napięte jak obecnie — przez ostatnie 80 lat, od zakończenia II wojny światowej. I nie jest to sprzeczka między bliskimi partnerami, która łatwo sama się zakończy.

Dania wciąż jest wściekła

W ciągu niewiele ponad 12 miesięcy od powrotu Trumpa do Białego Domu zdarzało mu się obrażać i podważać pozycję europejskich przywódców, nakładać wysokie cła na europejski eksport, a nawet — co dla jego sojuszników z NATO było najbardziej szokujące — grozić naruszeniem duńskiej suwerenności nad Grenlandią. Przez pewien czas nie wykluczał nawet przejęcia wyspy siłą.

Występując w sobotę na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, wciąż wyraźnie wściekła premier Danii Mette Frederiksen powiedziała, że plany Trumpa wobec Grenlandii pozostają „takie same", mimo trwających rozmów trójstronnych między przedstawicielami Grenlandii, Stanów Zjednoczonych i Danii.

Trump — choć Dania pozostaje oburzona — na razie wykluczył użycie siły militarnej do przejęcia Grenlandii i wycofał się (przynajmniej tymczasowo) z nakładania sankcji gospodarczych na sojuszników, w tym Wielką Brytanię, Francję i Niemcy, którzy stali na drodze amerykańskim planom wobec arktycznej wyspy. Zaufanie transatlantyckie zostało jednak poważnie nadwyrężone.

Europejskie potęgi widzą w Trumpie prezydenta skrajnie transakcyjnego — takiego, który bez wahania wykorzystuje relacje bezpieczeństwa lub gospodarcze z najbliższymi sojusznikami, by osiągnąć swoje cele. Tuż przed ponownym wyborem na prezydenta mówił na przykład Europejczykom, że Stany Zjednoczone nie będą chronić państw, które nie płacą „swojej części" na obronność.

Prawdą jest jednak, że Europa przez dekady korzystała z amerykańskiego parasola bezpieczeństwa. Krytycy w USA argumentują, że europejskie państwa mogły przez lata utrzymywać rozbudowane państwa opiekuńcze, podczas gdy Waszyngton brał na siebie ciężar wydatków na bezpieczeństwo.

Kanclerz Niemiec Friedrich Merz (R) i sekretarz stanu USA Marco Rubio uczestniczą w spotkaniu dwustronnym w kuluarach Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa

Źródło zdjęcia, AFP via Getty Images

Podpis zdjęcia, Przemówienie sekretarza stanu USA, Marco Rubio (po lewej), było najbardziej oczekiwane na konferencji

Niemiecki minister obrony Boris Pistorius powiedział mi w sobotę: „Przyzwyczailiśmy się do silnego wsparcia ze strony USA; przyzwyczailiśmy się do strefy komfortu, w której żyliśmy. Ten czas się skończył — definitywnie się skończył" — stwierdził. „Waszyngton miał rację".

Jednak kryzys wokół Grenlandii oraz inne działania administracji Trumpa — takie jak czasowe wstrzymanie w marcu ubiegłego roku wymiany informacji wywiadowczych z ukraińskimi siłami zbrojnymi, co pozostawiło je „ślepymi" na polu walki, by wywrzeć presję na Kijów w sprawie podjęcia rozmów pokojowych z Moskwą — pozostawiły głębokie blizny i niepokojące poczucie nieufności.

Stąd nerwowa atmosfera w Monachium przed wejściem Rubio na scenę.

Ostatecznie jego wystąpienie było jednak przesycone poczuciem historycznego pokrewieństwa. „Chcemy, by Europa była silna" — powiedział. „Dwie wielkie wojny ubiegłego stulecia są dla nas stałym przypomnieniem, że ostatecznie nasz los jest — i zawsze będzie — nierozerwalnie związany z waszym".

Uderzyło mnie to, jak wielu czołowych europejskich polityków na sali z entuzjazmem przyjęło ciepły ton jego słów, wstając z miejsc, by oklaskiwać sekretarza stanu USA. Wyraźnie odczuli ulgę, że nie groził Europie ani jej nie strofował — tak jak zrobił to w zeszłym roku na MSC amerykański wiceprezydent J.D. Vance.

Dla tych jednak, którzy słuchali uważnie, przemówienie Rubio pozostawało wierne tematom bliskim sercu administracji Trumpa i trudnym do przełknięcia dla wielu europejskich przywódców: sprzeciwowi wobec działań na rzecz klimatu, sceptycyzmowi wobec globalizacji, multilateralizmu i migracji oraz poparciu dla budowy nowej ery chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu.

Rubio jasno dał do zrozumienia, że USA nie są zainteresowane sojusznikami kurczowo trzymającymi się starego status quo. Chcą wytyczyć nową drogę — najlepiej wspólnie z Europą — ale tylko pod warunkiem, że będzie ona podzielać te same wartości.

Ta amerykańska oferta bliskiego partnerstwa miała charakter warunkowy i była pozbawiona ducha kompromisu.

„To trochę jak z (psychologicznie) przemocowym partnerem," powiedział jeden z europejskich dyplomatów, mówiąc szczerze pod warunkiem zachowania anonimowości.

„Przypomniał Europie, jak wspaniałe były kiedyś nasze (transatlantyckie) relacje, a potem przeszedł do presji: jeśli chcecie, by w przyszłości było między nami dobrze, musicie robić to, co mówię".

Inny dyplomata zwrócił uwagę, że choć Rubio mówił o wspólnych wartościach, wymowne było to, jak stwierdził, że spośród wszystkich europejskich krajów, do których mógł udać się po przemówieniu w Niemczech, wybrał Słowację i Węgry, zanim wrócił do USA.

W Brukseli są one postrzegane jako jedni z najbardziej problematycznych członków Unii Europejskiej — oba kraje mają eurosceptycznych, nacjonalistycznych premierów, sprzeciwiających się wysyłaniu pomocy wojskowej Ukrainie i prowadzących twardą politykę migracyjną.

Delikatna nowa relacja

Łagodniejszy ton Rubio podzielił także europejskich przywódców, którzy jeszcze niedawno mówili jednym głosem w obronie Danii, w szczytowym momencie kryzysu wokół Grenlandii w zeszłym miesiącu.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podkreśliła, że relacje z USA są dziś kruche — mimo łagodniejszej retoryki Rubio. „Pewne granice zostały przekroczone i nie da się ich już cofnąć" — powiedziała. „Europejczycy przeszli terapię szokową".

Pozostaje jednak pytanie, czy część krajów europejskich nie potraktuje ciepłych akcentów w przemówieniu Rubio jako pretekstu, by nie spieszyć się z realizacją obietnic zwiększenia wydatków na obronność. Skarbce większości europejskich rządów są już mocno nadwyrężone, a wyborcy zazwyczaj przedkładają kwestie kosztów życia nad budżety obronne.

Brytyjski premier Keir Starmer bierze udział w dyskusji panelowej z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. On siedzi po lewej, a ona po prawej.

Źródło zdjęcia, Reuters

Podpis zdjęcia, „Pewne granice zostały przekroczone i nie da się ich już cofnąć" — powiedziała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen.

Rachel Ellehuus, dyrektor generalna think tanku zajmującego się tematyką obronności RUSI, powiedziała mi, że dostrzega narastający podział w całej Europie.

Z jednej strony — jak podkreśla — są państwa nordyckie i bałtyckie, położone geograficznie blisko Rosji, a także Niemcy i Holandia, które należą do największych europejskich wydawców na obronność. Z drugiej strony znajduje się Europa Południowa — na przykład Hiszpania — która otwarcie i bez przeprosin odmawia podnoszenia budżetów obronnych do poziomów domaganych się przez Donalda Trumpa.

Francja i Wielka Brytania, mówi Ellehuus, werbalnie zobowiązały się do zwiększania wydatków na obronność, ale wciąż szukają „politycznego plastra", który pomógłby im wytłumaczyć wyborcom związane z tym kompromisy: wyższe podatki, ograniczenie wydatków socjalnych lub większe zadłużenie.

„Europejczycy muszą zacząć działać — najlepiej [gdyby zrobili to już wczoraj] — i się skoncentrować," mówi. „Mają od pięciu do dziesięciu lat, by stanąć na własnych nogach, jeśli chodzi o konwencjonalne zdolności obronne".

W zeszłym tygodniu amerykański podsekretarz obrony Elbridge Colby nie mógł być bardziej jednoznaczny w swoim przekazie podczas spotkania ministrów obrony NATO w Brukseli: Europa przestała być dla USA priorytetem — stał się nim region Indo-Pacyfiku.

„Pod przywództwem prezydenta Trumpa dokonujemy zmiany priorytetów: koncentrujemy się na obronie własnego terytorium i ochronie naszych interesów w naszej hemisferze," powiedział.

Choć podkreślał, że Stany Zjednoczone pozostają zaangażowane w klauzulę wzajemnej obrony NATO, zgodnie z którą atak na jednego członka jest uznawany za atak na wszystkich, Colby zaznaczył, że USA będą ograniczać swoje zdolności wojskowe w Europie, stając się obecnością „bardziej ograniczoną i skoncentrowaną".

Europa, jak dodał, musi stać się partnerem, a nie podopiecznym, wzywając do stworzenia nowego „NATO 3.0".

Stary porządek świata, z Zachodem w centrum, wyraźnie się wyczerpał, ale tegoroczna Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa pokazała, że to, co czeka Europę i USA dalej, wciąż pozostaje otwartą kwestią.

Marco Rubio wezwał do budowy nowego stulecia zachodniej cywilizacji, Elbridge Colby opowiada się za odświeżonym NATO, a premier Wielkiej Brytanii apelował w Monachium o ponowne zbudowanie zachodniego sojuszu.

Jednak zmiany, które obserwujemy w Europie, w tym zacieśnianie sojuszy także poza kontynentem, wykraczają daleko poza krótkoterminowe mechanizmy mające „przetrwać" Donalda Trumpa i najprawdopodobniej okażą się trwalsze. Świat coraz wyraźniej zdaje się tańczyć w rytmie polityki wielkich mocarstw. Nawet powoli poruszająca się Europa musi się do tego dostosować.

Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, jako część projektu pilotażowego.

Edycja: Kamila Koronska