Nadpodaż kawalerów, 'kobiety-resztki' i podatek od prezerwatyw: co stało się z oczekiwanym wyżem demograficznym w Chinach?

Lekko uśmiechnięte niemowlę w kołysce patrzy wprost w aparat. Ma na sobie różowy śliniak w kwiatki i spokojny, ale zaciekawiony wyraz twarzy

Źródło zdjęcia, Getty Images

Czas czytania: 7 min

Trwają obchody Księżycowego Nowego Roku. Miliony Chińczyków spędzają czas na wspólnych posiłkach, modlitwach i zabawie.

Dla niektórych dorosłych singli może to być jednak trudny czas. Ich rodzice mają całe dnie na narzekanie: dlaczego nie ustatkowali się i nie dali im wnuków?

Bezdzietność - od dawna gorący temat w Chinach i innych krajach Azji Wschodniej - to dziś główne zmartwienie chińskich władz.

Sprawa trafiła na pierwsze strony gazet w styczniu, po opublikowaniu przez rząd danych świadczących o tym, że wskaźnik urodzeń w kraju spadł do nowego minimum.

To niechciany rekord: 5,63 urodzeń na 1000 osób stanowi najniższą liczbę od czasu powstania w 1949 roku Chińskiej Republiki Ludowej. Nie tego spodziewały się władze w Pekinie.

Małe dziecko je kandyzowane owoce

Źródło zdjęcia, Getty Images

Podpis zdjęcia, Wskaźnik urodzeń w Chinach spadł w 2025 roku do rekordowo niskiego poziomu, mimo rządowej polityki mającej zachęcić obywateli do rodzicielstwa

Ze styczniowych danych Narodowego Biura Statystycznego Chin wynika, że w 2025 r. w kraju przyszło na świat zaledwie 7,92 mln dzieci, a liczba zgonów przez czwarty rok z rzędu przewyższyła liczbę urodzeń. To oznacza, że ogół populacji zmniejszył się o prawie 3,4 mln osób.

Według ekspertów ONZ Chińczyków wciąż będzie ubywać. Szacują, że do końca XXI wieku kraj straci ponad połowę obecnej populacji.

Dwadzieścia lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Władze Chin prognozowały, że wzrost populacji potrwa do 2033 roku, a liczba mieszkańców kraju sięgnie 1,5 miliarda.

Jednak demograficzny szczyt nastąpił 12 lat wcześniej, a maksymalna liczba ludności była o niemal 100 milionów niższa, niż przewidywały prognozy.

Dlaczego planiści w najludniejszym państwie świata popełnili aż tak duży błąd?

Władze liczyły na wyż demograficzny

Pod koniec lat 70. XX wieku liczba Chińczyków zbliżała się do miliarda. Rząd zaczął się obawiać, jak wpłynie to na ambitne plany rozwoju gospodarczego.

W 1979 r. rząd Deng Xiaopinga zabronił obywatelom posiadania więcej niż jednego dziecka.

Władze stosowały szereg metod, by zachęcić Chińczyków do przestrzegania zasad. Ci, którzy się do nich stosowali, mogli liczyć na pomoc finansową i preferencyjne traktowanie w miejscu pracy, a łamiący przepisy byli karani grzywnami. Rząd zapewnił też szeroki dostęp do antykoncepcji.

Czasami stosowano też środki przymusu, w tym aborcje wbrew woli kobiet i masowe sterylizacje.

Polityka jednego dziecka z pewnością osiągnęła swoje początkowe cele. Chińskie władze twierdzą, że zapobiegła w sumie około 400 milionom urodzeń, choć liczba ta jest kwestionowana. Jednak miała też poważny wpływ na równowagę między pokoleniami.

Stopniowo pojawiały się obawy, że starzenie się społeczeństwa spowolni rozwój gospodarczy. Coraz mniej było młodych osób zdolnych do pracy, a proporcja liczby podatników do liczby emerytów stawała się coraz mniej korzystna.

Chińscy planiści populacji przez lata zakładali, że niski wskaźnik dzietności jest tymczasowy. Oczekiwali, że niedługo po zniesieniu ograniczeń pary zaczną mieć więcej dzieci.

Ważny raport na temat strategii demograficznej z 2007 r., sporządzony przez ponad 300 ekspertów, stwierdzał, że niski wskaźnik dzietności ma duży „potencjał odbicia" i przestrzegał przed zbyt szybkim łagodzeniem polityki kontroli urodzeń. Zaleceń nie zmienił fakt, że na świat przychodziło coraz mniej Chińczyków.

Jednak po wprowadzeniu w 2016 r. polityki dwojga dzieci nie zaobserwowano trwałego wzrostu liczby urodzeń.

Ogłoszona w 2021 r. polityka trojga dzieci również nie odniosła większego skutku.

'Konsekwentny spadek'

Mały chłopiec trzyma piłkę do koszykówki

Źródło zdjęcia, Getty Images

Podpis zdjęcia, Oficjalne chińskie prognozy zdecydowanie minęły się z rzeczywistością

Zdaniem prof. Kerry'ego Browna - profesora sinologii i dyrektora Lau China Institute na King's College London - Chiny odnotowywały miarowy spadek dzietności na długo przed wprowadzeniem polityki jednego dziecka.

„Wskaźnik urodzeń w Chinach naturalnie spadał od początku lat 70. XX wieku. Szczyt wzrostu populacji mierzonego liczbą dzieci na rodzinę przypadł na lata 50. i 60.," powiedział BBC prof. Brown.

Dodał, że od lat 80. XX wieku coraz więcej osób decydowało się na posiadanie tylko jednego lub dwójki dzieci - z wielu powodów, ekonomicznych i innych, niezależnie od rządowej polityki jednego dziecka.

„Nie sądzę, żeby partia naprawdę rozumiała, jak trudno jest rodzinom utrzymać dzieci - i jak bardzo zależy im na robieniu tego dobrze albo wcale".

„Widzieliśmy takie zmiany w innych częściach świata, ale w Chinach nastąpiły one bardzo szybko," mówi.

Prof. Brown uważa, że chiński rząd został „zbity z tropu" przez tempo zmian społecznych i gospodarczych. Choć skutki polityki demograficznej ujawniają się na przestrzeni dziesięcioleci, gospodarka może radykalnie zmienić się w ciągu zaledwie miesięcy lub lat.

Nierównowaga płci

Ubrany na biało mężczyzna siedzi na gałęzi drzewa. Patrzy w dół z zamyślonym wyrazem twarzy.

Źródło zdjęcia, Getty Images

Podpis zdjęcia, W Chinach żyją miliony więcej mężczyzn niż kobiet. Skutkiem jest fenomen tzw. „nagich gałęzi" — mężczyzn, którym trudno jest znaleźć żonę

Polityka jednego dziecka odcisnęła też głębokie piętno na proporcji płci w chińskim społeczeństwie.

Niektórzy rodzice - wiedząc, że na starość będą mogli liczyć na wsparcie tylko jednego potomka - dokonywali aborcji żeńskich płodów.

To doprowadziło do „nadpodaży kawalerów": dziesiątki milionów „nadwyżkowych" chińskich mężczyzn nie były w stanie znaleźć żon.

Szczególne trudności mieli mężczyźni bez wyższego wykształcenia. Szerszy dostęp do studiów odmienił stosunki między płciami: na studia wyższe zaczęło uczęszczać znacznie więcej kobiet niż mężczyzn.

„To legło u podstaw fenomenu 'nagich gałęzi'. Tak nazywa się mężczyzn, którzy nie będą mogli znaleźć małżonek," wyjaśnia prof. Brown.

Dodaje, że to określenie nawiązuje do pozbawionych owoców - lub dzieci - gałęzi drzew, a także do ruchu „incelów" na Zachodzie.

Natomiast wykształcone kobiety coraz częściej odkładały małżeństwo lub całkowicie z niego rezygnowały.

Próbując zachęcić je do zamążpójścia, chińskie media państwowe zaczęły nazywać je pogardliwie „sheng nu," czyli „kobietami-resztkami".

„To bardzo obraźliwe określenie kobiet, które są dyskryminowane ze względu na wiek, brak męża i przedkładanie kariery nad małżeństwo i 'ustatkowanie się'," mówi prof. Brown.

Do 2023 r. odsetek niezamężnych kobiet w wieku 25–29 lat wzrósł do 43%. To ograniczyło ich szanse na posiadanie dzieci i wpłynęło na dalszy spadek wskaźnika urodzeń.

Lekarz w maseczce ochronnej trzyma lalkę niemowlęcia podczas zajęć dla przyszłych rodziców. Przyglądają mu się siedzący obok kobieta i mężczyzna.

Źródło zdjęcia, Getty Images

Podpis zdjęcia, Władze próbują różnych sposobów, by zachęcić Chińczyków do posiadania dzieci

Jakie mogą być skutki dla Chin i świata?

W Chinach na jedną kobietę przypada około jednego dziecka. To jeden z najniższych wskaźników dzietności na świecie - jest znacznie poniżej poziomu, który zrównoważyłby liczbę urodzeń i zgonów i pozwoliłby utrzymać stabilną liczbę ludności. (Szacuje się, że „wskaźnik zastępowalności pokoleń" to 2,1 urodzeń na kobietę.)

Kurczenie się populacji ma konsekwencje gospodarcze i społeczne dla drugiej co do wielkości gospodarki świata. Prowadzi do spadku siły roboczej i popytu konsumpcyjnego.

Spadek liczby Chińczyków może wywołać efekt domina w globalnej gospodarce, prowadząc do wzrostu cen w szeregu innych krajów świata.

Inne gospodarki w regionie – i poza nim – mają porównywalnie niskie wskaźniki dzietności, ale w przeliczeniu na mieszkańca są znacznie zamożniejsze. To pozwala ich rządom łatwiej radzić sobie z problemami związanymi ze starzejącym się społeczeństwem.

W Chinach istnieje ryzyko, że kraj zestarzeje się, zanim się wzbogaci.

„Prawie w całym regionie populacja spada i starzeje się. To najbardziej krytyczne w takich miejscach jak Japonia i Tajwan, ale skala zmian w Chinach jest zdecydowanie największa," mówi prof. Brown.

Ostrzega, że kraj może napotkać na trudności związane z „opieką społeczną i innymi sposobami łagodzenia skutków starzenia się społeczeństwa."

„Chiny nie osiągnęły jeszcze poziomu zamożności, który by to umożliwiał," mówi.

Jeśli - jak uważa państwowa Chińska Akademia Nauk Społecznych - w kraju wyczerpują się fundusze emerytalne, Pekinowi może zabraknąć czasu na zgromadzenie wystarczających środków na opiekę nad rosnącą populacją osób starszych.

Jednak prof. Brown z ostrożnym optymizmem zakłada, że Chiny z czasem znajdą rozwiązanie.

„Prawdopodobnie spróbują wykorzystać [do tego celu] technologię. Dysponują też wszelkiego rodzaju środkami politycznymi, które mogą złagodzić te problemy," mówi.

„Ludzie często pesymistycznie zakładają, że Chiny nie będą w stanie sobie z czymś poradzić. Ale Chiny znajdują na to sposób".

Tekst opublikowany pierwotnie przez chińskojęzyczny serwis BBC (BBC News Chinese). Dodatkowe materiały: Kelly Ng, Silvia Chang i Britt Yip. Redakcja: Mark Shea i Su-min Hwang.

Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, w ramach projektu pilotażowego.

Edycja: Joanna Kozłowska