Weekend po polsku? Od anglicyzmów nie uciekniemy
Język polski, którym posługujemy się na co dzień, nieco różni się od tego sprzed kilkudziesięciu lat, a z pewnością znacznie odbiega od polszczyzny sprzed wieku.
Każdy język jest jak „żywy organizm” — nieustannie się rozwija i dostosowuje do otaczającej nas rzeczywistości, między innymi pod wpływem zmian kulturowych oraz zapożyczeń z języków obcych.
Według dr Izabeli Curyłło-Klag z Instytutu Filologii Angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, „język polski kiedyś przyjmował wpływy łaciny, niemieckiego i francuskiego, natomiast dziś naturalnym źródłem zapożyczeń jest angielski, dominujący we współczesnym świecie technologii, kultury i nauki”.
W niemal każdym zakątku świata angielskie słowa, takie jak e-mail czy weekend, od dawna funkcjonują w codziennych rozmowach — nazywamy je anglicyzmami. W języku polskim stają się one coraz bardziej powszechne, choć u części społeczeństwa budzą obawy przed ich nadmiernym wpływem.
Anglicyzmy mogą przybierać różne formy
Weekend i selfie zostały zapożyczone w niezmienionej formie, natomiast wyrazy takie jak dżinsy czy szorty uległy spolszczeniu i zaliczane są do anglicyzmów fonetycznych.
Do anglicyzmów zaliczamy również kalki językowe — wyrażenia dosłownie przetłumaczone z angielskiego na polski, takie jak „to ma sens” (it makes sense) czy „zrobić różnicę” (make a difference).
„Anglicyzmy są krótkie, wygodne i precyzyjne. Dzięki nim możemy trafniej nazywać różne czynności bądź zjawiska,” twierdzi dr Agnieszka Cierpich-Kozieł z Instytutu Filologii Angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Skoro jeszcze niedawno mówiliśmy o wakacjach, a dziś szukamy online „last minute” — czy to oznacza, że mamy już język polski 2.0? Kiedy nastąpiła ta gwałtowna zmiana?

Anglicyzmy w języku polskim pojawiły się kilkaset lat temu
Według Cierpich-Kozieł, pierwsze nazwy własne związane z Anglią pojawiły się już w XVI w., np. Brytania, Londyn czy Szkocja. Z kolei pierwsze zapożyczenia angielskie przeniknęły do polszczyzny w wieku XVII i odnosiły się do realiów życia na Wyspach, np. lord, milord czy spiker.
Zapożyczenia, które znamy dziś z codziennej polszczyzny, pojawiły się już na początku XX wieku. Zyskały popularność między innymi dzięki rozwojowi radia i kina, rosnącemu zainteresowaniu kulturą zachodnią oraz dynamicznemu rozwojowi Stanów Zjednoczonych. Angielski zaczął wtedy pełnić rolę języka międzynarodowej komunikacji, stopniowo wypierając francuski i łacinę jako języki dyplomacji oraz elit.
Może nas zaskoczyć, że słowa takie jak budżet, piknik, rum, stop,sport, tenis czy rower to właśnie zapożyczenia z angielskiego.
Prawdziwy boom nastąpił jednak w Polsce na przełomie lat 80. i 90., kiedy kraj otworzył się na świat.
Dziś, patrząc na reklamy wzdłuż polskich ulic czy przeglądając media społecznościowe, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z „lawiną angielskiego”.
Popkultura gwałtownie przyspieszyła napływ nowych zapożyczeń, szczególnie chętnie używanych przez młodsze pokolenia. Nie wszyscy jednak akceptują „Polski 2.0”.

Czy anglicyzmy zaśmiecają język polski?
Zdaniem dr Agnieszki Cierpich-Kozieł obawy te wynikają z poczucia zagrożenia dla tożsamości językowej i narodowej. Nie powinniśmy jednak wpadać w panikę:
„W minionych wiekach polszczyzna czerpała z czeskiego, łaciny, niemieckiego czy francuskiego. Aktualny wpływ angielskiego nie jest znacząco większy. Jest za to bardzo widoczny, ponieważ niektóre zapożyczenia używane są naprawdę często, np. smartfon, hejt czy lajk,” twierdzi dr Agnieszka Cierpich-Kozieł.
Trudno dziś wyobrazić sobie skuteczną komunikację bez anglicyzmów. Sięgamy po nie, bo są wygodne, modne i powszechnie zrozumiałe. To terminy będące częścią globalnej wspólnoty, dla których często brakuje praktycznych polskich odpowiedników. Nawet wyrażenie „media społecznościowe” — choć zbudowane z polskich słów — ma konstrukcję i znaczenie zapożyczone z angielskiego social media.
Szczególnie młodsze pokolenia używają ich w sposób naturalny, co pokazuje, jak silny wpływ ma globalizacja na polszczyznę — i jak trudno tego wpływu uniknąć.

Jak będzie wyglądał język polski za sto lat?
Wiele wskazuje na to, że angielski jeszcze długo pozostanie globalnym językiem świata. Nie można jednak wykluczyć, że z czasem pojawi się nowy. Może to francuski, hiszpański albo chiński zyskają większy wpływ?
A może nawet polszczyzna nas czymś zaskoczy i pokaże, że przewidywanie przyszłości to naprawdę trudne zadanie?
Edycja: Kamila Koronska









