Taylor Swift: The Life of a Showgirl to triumfalne zwycięstwo w świecie popu

Źródło zdjęcia, TAS Rights Management
- Autor, Mark Savage
- Stanowisko, Korespondent muzyczny
- Czas czytania: 6 min
Ostatni raz, gdy mieliśmy do czynienia z Taylor Swift, [gwiazda] była w rozsypce.
Jej poprzedni album, The Tortured Poets Department, był emocjonalnym katharsis – wstrząsającą analizą dwóch gorzkich, chaotycznych rozstań.
Widzieliśmy ją w najniższym punkcie życia: „płaczącą na siłowni" i „wściekłą" z powodu straconej młodości u boku brytyjskiego aktora Joe Alwyna, z którym związek po sześciu latach ostatecznie się rozpadł.
Osiemnaście miesięcy później powraca z najnowszym rozdziałem swojej historii – i ta wygląda zupełnie inaczej.
Nagrany w przerwach podczas rekordowej trasy Eras Tour, nowy album przedstawia 35-letnią artystkę szczęśliwą, pełną energii i świeżo zakochaną w gwieździe NFL, Travisie Kelce.
„Ten album opowiada o tym, co działo się za kulisami mojego życia wewnętrznego podczas tej trasy, która była tak radosna, elektryzująca i pełna życia," powiedziała Swift w zeszłym miesiącu w podcaście New Heights prowadzonym przez Kelce.
Aby uchwycić tę dynamikę, album wyprodukowała nie z Jackiem Antonoffem, swoim długoletnim współpracownikiem, którego miękkie aranżacje definiowały brzmienie Midnights i Tortured Poets, lecz ze szwedzkimi mistrzami popu – Maxem Martinem i Shellbackiem, autorami hitów Swift takich jak Shake It Off i I Knew You Were Trouble.
Celem, jak mówiła Swift, było stworzenie zwartego albumu pełnego tzw. „bangerów" (inaczej hitów) – z melodiami tak chwytliwymi, że „aż człowiek się na nie złości".
Ale dość wstępu. Czy The Life of a Showgirl to sukces wysadzany cekinami, czy katastrofa w stylu rewii?
Odpowiedź jest prosta: to triumf.
To połączenie porywającego songwriting'u i błyskotliwej produkcji, które bez trudu spełnia wysokie standardy, jakie sama sobie wyznaczyła.
Fani oczekujący powrotu do maksymalistycznego popu z czasów Red czy 1989 mogą być zaskoczeni.
Nowa muzyka Swift jest bardziej chłodna i wyważona, inspirowana atmosferycznymi brzmieniami, jakie Martin tworzył ostatnio dla The Weeknda czy Ariany Grande.
Ale na tym albumie nie ma ani grama zbędnych dźwięków.
Trwający 41 minut The Life of a Showgirl to najkrótsza płyta Swift od debiutu w 2006 r. – a ta precyzyjna koncentracja stanowi mile widzianą odmianę po przeładowanym słowami Tortured Poets.

Źródło zdjęcia, Max Martin / Instagram
Tematycznie, najnowsze teksty Swift biegną dwoma torami: połowa z 12 utworów opowiada o kompletnym, radosnym zakochaniu się, a reszta – o mrocznym obliczu sławy.
Po drodze pojawiają się klasyczne obrazy: tancerki burleski „żarzącej się jak końcówka papierosa" czy krytyków porównanych do „pieska chihuahua ujadającego z maleńkiej torebki".
Gdzieniegdzie pojawia się też cały utwór pełen młodzieńczych dwuznaczności.

Źródło zdjęcia, Getty Images
Album otwiera jednak fałszywy trop.
Fani sądzili, że The Fate of Ophelia nawiązywać będzie do Szekspirowskiej opowieści o szlachetnej kobiecie, która tonie w szaleństwie i rozpaczy.
Tymczasem Swift śpiewa o tym, jak została „uratowana" przed tym losem przez Kelce – w popowym utworze pełnym odniesień do ich związku: drużyny Kansas City Chiefs i szczęśliwej liczby 13 połączonej z numerem koszulki Kelce, 87.
„Usłyszałam cię przez megafon," śpiewa, odnosząc się do momentu, gdy Kelce publicznie wyznał jej uczucie w swoim podcaście w lipcu 2023.
„Gdybyś po mnie nie przyszedł, mogłabym utonąć w melancholii."
Reszta albumu pełna jest podobnych smaczków – a całość brzmi niezwykle satysfakcjonująco.

Źródło zdjęcia, TAS Rights Management
Temat miłości jest kontynuowany w utworze Opalite, którego lekkie akordy i harmonie w stylu Abby rozwijają się niczym rozkwitający romans, oraz w utworze Wi$h Li$t, w którym Swift uwalnia się od hollywoodzkiego tłumu, by wieść życie pełne domowego szczęścia.
„Oni chcą przełomowego filmu, Złotej Palmy i Oscara na podłodze w swojej łazience," zauważa artystka w utworze. „Ja chcę tylko ciebie".
(Plus „kilka dzieciaków" z „najlepszym przyjacielem, którego uważam za seksownego").
Ale chyba najbardziej odkrywczym hołdem dla Kelce jest „Wood" – taneczny utwór staccato z riffem gitarowym Jackson 5, który jest w zasadzie rozbudowanym dwuznacznikiem.
W tym fragmencie widzimy, jak Swift przesądnie „odpukuje w niemalowane drewno", licząc na to, że jej związek przetrwa — i "odpukuje" również w sypialni, w nieoczekiwanym hołdzie dla „męskości" swojego narzeczonego.
To tak absurdalne i zaskakujące, że trudno nie wybuchnąć śmiechem.
Podobnie jest z utworem Actually Romantic — fantastycznie sarkastycznym kawałkiem o pewnej gwieździe pop (nie wymienionej z nazwiska), która nazywa Swift „nudną Barbie" i pisze piosenki o tym, jak bardzo jej nienawidzi.
Przy grunge'owych gitarach i pulsującym rytmie perkusji Taylor prowokuje z nutą przekornej psychologii.
„Brzmiało to paskudnie, ale mam wrażenie, że ze mną flirtujesz," szczebiocze. „Cały ten wysiłek, jaki w to włożyłeś, jest w gruncie rzeczy romantyczny".
Aktorka kontynuuje wyrównywanie rachunków w „Father Figure" – miażdżącej opowieści o zdradzieckim protegowanym, będącej adaptacją klasycznego dzieła George'a Michaela o tym samym tytule.
Fani oszaleją, próbując odkryć, o kim mowa, ale dla mnie ta piosenka brzmi bardziej jak przypowieść moralna o muzycznym Svengalim — kimś, kto ma władzę zniszczyć każdego, kto nie jest „lojalny wobec rodziny".
Pełen filmowych smyczków i dezorientujących zmian tonacji utwór znajduje się obok utworów No Body, No Crime, Bad Blood i Vigilante S*** w stale rozwijającym się katalogu hymnów zemsty Swift.

Źródło zdjęcia, Getty Images
Najlepszym utworem na albumie jest jednak ballada w miękkim, marzycielskim tonie — Ruin The Friendship.
Przenosząc się w czasie do lat szkolnych Swift w Tennessee, piosenka wspomina chłopaka, którego trzymała na odległość jako przyjaciela, choć w głębi duszy marzyła chociaż o jednym pocałunku.
Delikatna i pełna nostalgii, nabiera rozdzierającego serce tonu w trzeciej zwrotce, gdy najlepsza przyjaciółka Swift, Abigail, dzwoni z wiadomością, że ich dawny szkolny kolega zmarł — a Taylor leci samolotem w nocy, by zdążyć na jego pogrzeb.
Na albumie, który w dużej mierze opowiada o spełnieniu i spokoju, żal i smutek wybrzmiewają tym mocniej.
Kolekcję zamyka tytułowy utwór, energetyczny duet z Sabriną Carpenter, który jednocześnie pełni rolę przestrogi przed światem show-biznesu.
To jedyna piosenka, która naprawdę nawiązuje do koncepcji „showgirl", z perkusyjną wstawką w stylu stepowania i ostentacyjnymi zmianami tonacji, gdy gwiazdy wymieniają się wersami o bezwzględnym charakterze branży.
„Wszystkie zdjęcia na ścianach tanecznej sali / To s*ki, które marzą, żebym wreszcie umarła," śpiewa Swift.
A potem puenta: „Ale teraz jestem nieśmiertelna, laleczko."
To brzmi jak celowe nawiązanie do Look What You Made Me Do, napisanej w 2017 r., gdy Swift była mocno atakowana — po publicznym konflikcie z Kanye Westem i miesiącach negatywnej prasy.
Wtedy śpiewała: „Stara Taylor nie może teraz odebrać telefonu… Dlaczego? Bo nie żyje."
W 2025 r., gdy świat leży u jej stóp, Swift może wreszcie z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jej miejsce w historii muzyki pop jest zagwarantowane.
The Life of a Showgirl to celebracja jej sukcesu, na którą w pełni zasłużyła.
Ten tekst został napisany i sprawdzony przez naszych dziennikarzy, używając przy tłumaczeniu narzędzi AI, jako część projektu pilotażowego.
Edycja: Kamila Koronska











